20.10.2016

Dziękuję !!!

Ludziska, chciałabym wam wielce podziękować za 30 000 wyświetleń !
To dzięki wam kontynuuję pisanie bloga, chociaż wszyscy wiemy, że nie robię tego regularnie. Jesteście moją inspiracją i motywacją. Gdyby nie wy, pewnie porzuciłabym tę stronę dwa lata temu.
Dziękuję za waszą wytrwałość i cierpliwość do mnie, za to, że jeszcze czytacie moje wypociny.
Mogę jednak zapewnić, iż dalej pracuję nad historią i piszę rozdziały. Nie martwcie się, postaram się pisać jak tylko będę mogła.
Pomyślałam, że muszę jakoś wynagrodzić wam długie przerwy między rozdziałami, dlatego też postanowiłam stronę ,,Zapytaj!". Co o tym myślicie?
Dajcie znak, że żyjecie. Wiem, że to nie pierwszy raz kiedy o to proszę, ale miło znać wasze zdanie i wiedzieć co u was.




18.08.2016

Rozdział 5 ,,Nie bałam się smoków"

-Czkawka....
Szept. Ale czyj? Czyj to szept połaskotał mnie w prawe ucho? Czyjkolwiek on by nie był, odwróciłem się do niego plecami.
-Czkawka.
Głos. Młody. Lekko zachrypnięty, ale słodki i delikatny. Zaczął mnie drażnić. Próbowałem odgonić go ręką. Chyba trafiłem.
Przerwa.
Głos sobie poszedł.
-CZKAWKA!
A jednak nie.
Dobra, odwołuję to - w tym głosie nie było nic słodkiego, co dopiero delikatnego.
Zerwałem się z łóżka i obejrzałem się za moim oprawcą. Dziewczyna o kruczoczarnych włosach, jasnej cerze i szmaragdowych oczach patrzyła na mnie z zawiścią. Była drobna, tonęła w swojej beżowej koszuli z wszytym kapturem i w lnianych, ciemnych spodniach. Skórzane buty były wielokrotnie obwiązane wokół jej łydek, a i tak wyglądały na co najmniej dwa rozmiary za duże. Nosiła czarne rękawice ze skóry i miała przy sobie swoją sakwę. Klęczała przy moim łóżku i trzymała się za prawy policzek.
Cholera.
Już chciałem ją zacząć przepraszać, kiedy ona raptownie wstała i zaczęła się śmiać.
-No nieźle, tak z rana bić bezbronną piętnastolatkę - odezwała się - ciekawe co by Stoik o tym pomyślał, hmm?
Słucham? Otrząsnąłem się po chwili.
- Bezbronną? - prychnąłem - ależ moja droga Aldis, to ty wtargnęłaś do mojej sypialni.
-Drzwi były otwarte, a to już nie wtargnięcie - wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się.
Zwróciłem swój wzrok na drzwi sypialni. Otworzyłem szeroko oczy.
-Czy ty...- zacząłem. Aldis niewinne na mnie spojrzała.
-Co, moja Czkaweczko? Coś cię niepokoi?
-No nie wierzę.
Drzwi były wyłamane.
-Ale...Jak?
Ona jedynie zachichotała. Nie mam pojęcia jak ona to robi, ale zawsze jakimś sposobem dostanie się do mojej sypialni. Kiedyś nawet trochę mnie to niepokoiło, ale teraz? To swego rodzaju zabawa.
- Tajemnica – zaświergotała.
- Gdybym cię nie znał, powiedziałbym że jesteś moją szaloną fanką – odgryzłem jej się.
Aldis raptownie zarumieniła się i zaczęła zaprzeczać. Może i chce uchodzić na twardą, ale nie wychodzi to jej. Nic się nie zmieniła od kiedy do nas dołączyła.
A było to... trzy lata temu? Znaleźliśmy ją w rozbitej łodzi, niedaleko brzegu. Cała poobijana, wychudzona. Nie wiemy, jak się tam znalazła, ani skąd pochodzi. Ona nic nie pamięta, w każdym razie tak twierdzi. Oczywiście przygarnęliśmy ją. Jestem bardzo ciekawy jej przeszłości, przyznaję, ale nie naciskam. Ostatnio kiedy wspomniałem jej rodzinę przez kolejne dwa dni była ponura i cicha. Nie chciała jeść, nie pojawiała się w domu. Znalazłem ją wtedy na brzegu gdzie się rozbiła jej łódź. Płakała, ale nie chciała mi nic mówić. Nie chciałbym przechodzić przez to kolejny raz.
Tylko jej akcent jest pewną poszlaką. Szkocki, z nutą francuskiego. Kiedyś wyraźny, dzisiaj słychać go tylko w wymowie trudniejszych wyrazów.
- Przychodzisz w konkretnym celu, czy po prostu lubisz męczyć mnie z samego rana? – zapytałem.
Aldis przestała się rumienić i odchrząknęła.
- Od samego rana? Droga Czkawko, jest już po południu.
- Żartujesz, prawda?
- Nie. Wyjrzyj przez okno, jeśli nie wierzysz.
Rzeczywiście.
Ale to niemożliwe. Nigdy nie wstaję tak późno. Wczoraj musiałem naprawdę się wykończyć lataniem ze Szczerbatkiem.
- Wiesz – zaczęła Aldis – ponieważ to twoje pierwsze spóźnienie na nasze zajęcia, przymknę na to oko – mrugnęła do mnie.
No tak – jestem teraz swego rodzaju nauczycielem w Smoczej Akademii. Przecież nie można byle komu dawać smoka, najpierw musi przejść szkolenie.  Jest sierpień, większość moich uczniów zdała kursy w czerwcu. Ale Aldis ma z tym mały problem. Nie za dobrze dogaduje się ze smokami – ona nie lubi ich, a one jej.
Może inaczej – nienawidzą się. A moja w tym robota, żeby to zmienić.
- Dobra. Poczekaj na mnie na dole, zjem coś i pójdziemy na arenę.
Aldis wydała jęk niezadowolenia.
- Nie mogę poczekać tutaj ?
- Ach, rozumiem – moja szalona fanka chce zobaczyć jak się przebieram, mam rację? – powiedziałem z sugestywnym wzrokiem.
Piętnastolatka wydała tylko zdegustowany okrzyk i wyszła z pokoju. Pokręciłem z uśmiechem głową. Tak łatwo ją zawstydzić.
Podszedłem do szafy żeby wyjąć swój kombinezon do latania. Ze skóry, z metalowymi dodatkami. Jest praktyczny i wygodny – posiada wiele skrytek i kieszonek. Na sprzączce na piersi i na prawym ramieniu widać znak Szczerbatka.
W tym dwuwarstwowym kostiumie ukryłem ster, taki jak żagiel u Kroplorwija. Natomiast ,,skrzydła” ukryłem w nogawkach spodni. Co prawda w uszyciu kombinezonu pomagał mi Pyskacz, ale cały jego projekt był moim pomysłem, z czego jestem dumny.
Założyłem kostium na moją zieloną koszulę – w młodości za dużą, dzisiaj w idealnym rozmiarze. Nie zwróciłem się jednak od razu ku wyjściu. Zamiast tego obejrzałem się w lustrze. Zmieniłem się od kiedy miałem 15 lat. Jestem o wiele wyższy, włosy mi pociemniały i są dużo dłuższe. Przejechałam ręką po nich i wyczułem dwa małe zaplecione warkoczyki z tyłu głowy. Astrid. Ostatnio ma jakiegoś bzika na ich punkcie. Szczerze mówiąc, nie lubię ich, ale i tak ich nie rozplączę. Nie żebym się chwalił, ale od kilku lat jesteśmy parą. Wytrzymam dwa warkoczyki. Tak najwyraźniej okazuje mi miłość.
Podrapałem się zakłopotany po moim kilkudniowym zaroście. Tylko oczy mam takie same. Tak samo zielone, tak samo ciekawe świata, jedynie wyglądają jak u człowieka doświadczonego. A pod nimi - mój najnowszy nabytek - sinofioletowa opuchlizna. Nic dziwnego, skoro ostatnio zarywam noce.
- Tylko się w sobie nie zakochaj – moje oględziny przerwał ten sam głos co mnie niedawno obudził.
- Już się stęskniłaś?
- Chciałbyś – prychnęła Aldis.
- Już jestem gotowy, możemy iść.
- No w końcu – westchnęła i podeszła do mnie – Czy ty w ogóle zmieniasz ten kombinezon? Modelką to ty nigdy nie będziesz.
- Ałć, to zabolało – złapałem się za miejsce gdzie znajduje się serce. – Czemu skreślasz moje marzenia z taką łatwością?
Aldis zaczęła się śmiać.
- O, jesteś Szczerbatek – przywitałem się ze smokiem wchodzącym oknem za dziewczyną. On w przeciwieństwie do mnie, nie wyglądał na zmęczonego. Skąd on bierze tyle energii?
Nagle Aldis zesztywniała. Powoli odwróciła się, a na widok smoka cofnęła się gwałtownie.
- Nic ci nie zrobi - szepnąłem do niej. - Pokaż, że jego też miło widzieć.
Ona jedynie pokręciła przecząco głową. Owszem, mieszkała z tym smokiem pod jednym dachem już od dłuższego czasu, ale od około pół roku zaczęła się go obawiać.
Z jej ust wydobył się głośny jęk, jednak dalej stała jak zamurowana.
Wiedziałem już, że nic z tego nie będzie.
-Szczerbek, wyjdź.
On sam był zdezorientowany tą sytuacją. Posłusznie wyszedł oknem.
- Aldis-
Spojrzała na mnie zdezorientowana. Była tak samo zaskoczona swoją reakcją, jak ja. Zamilkłem.
-Przepraszam - po chwili wyszeptała i wyszła z pokoju.
Pobiegłem za nią na dół. Nie było jej w jadalni.
Spotkałem za to ojca. Na mój widok podniósł głowę znad papierów leżących na stole. Były to najpewniej mapy.
- Co robisz tato? – spytałem. Nie chciałem mówić mu o Aldis. Bez urazy, ale nie był najlepszy w rozwiązywaniu problemów ze smokami, a co dopiero jeśli chodzi o piętnastolatki.
- Berta prosi o przeniesienie. Ta kobieta ma tupet! Uważa że jej dom jest nawiedzony i żąda nowego. Niestety, nie mogę z nią dyskutować.
- Dlaczego? – spytałem biorąc jabłko z koszyka na stole.
- Jest żoną Halibuta Krnąbrnego. Przypłynęła w sprawie traktatu pokojowego. Dostała najlepszy domek gościnny, ale najwyraźniej jest tak przesądna, że już chce się z niego wynieść.
- Co się takiego stało?
- Koty zaczęły się zbierać wokół jej domu. Uznała że to przez pech, a nie przez rosnącą wokół kocimiętkę.
- No i?
- To były czarne koty.
Ugryzłem jabłko i zastanowiłem się.
- Niech się zamieni z Helgą – wskazałem na mapie najdalej oddaloną chatkę na północ. – Jest wielką kociarą i  ogrodniczką. Ostatnio ciągle narzekała że nic nie wyrasta w jej ogródku. Poza tym to dosyć spokojna okolica, nic nie może się stać Bercie jeśli tam zamieszka na jakiś czas.
Stoik uśmiechnął się szeroko. Uderzyło w niego jak oczywiste to było.
- Och, dzięki ci. Jak mogłem na to nie wpaść?
- Nie ma za co – odwzajemniłem uśmiech – Będę się już zbierał.
- Na arenę?
Przytaknąłem.
- Dosyć późno wstałem, Aldis pewnie już na mnie tam czeka.
Już zmierzałem ku drzwiom kiedy tata powiedział:
- Coś się z nią ostatnio dzieje, nie uważasz?
Odwróciłem się.
- Co niby takiego? – udałem zaskoczonego pytaniem.
- Na przykład te rękawiczki.
- To prawda, nosi je od jakiegoś czasu. Ale to taka moda.
- Ha! Osobiście nie męczyłbym się z noszeniem skórzanych rękawic w lecie. Ale możesz mieć rację, nie znam się na modzie. Nie rozumiem jak ty wyrabiasz w tym kombinezonie.
- Daję radę, dzięki – uśmiechnąłem się. Co oni mają do mojego stroju ?
- Idź już, bo ci jeszcze dziewczyna ucieknie. Ja za to mam spotkanie z panią kociarą i panią ,,nie podchodź do mnie bez kija”.
- Powodzenia – zaśmiałem się. Już zmierzałem ku wyjściu, gdy ponownie usłyszałem ojca głos.
- Ach!, o mało nie zapomniałem.
- Co się stało? - zapytałem zdezorientowany.
- Jak wiesz, niedługo zostaniesz wodzem.
- I co w związku z tym? - odparłem, starając się nie sprawiać wrażenia całkowicie zrezygnowanego.
- Musimy omówić wiele szczegółów. Jako że oddam ci pod opiekę wioskę, moim obowiązkiem jest pokierować cię i uczyć. Dlatego więc -
- Wybacz - przerwałem - ale muszę już iść. Porozmawiamy po moim powrocie.
Ojciec tylko spojrzał na mnie posępnie i rzekł :
- Jak sobie życzysz.
Następnie wrócił do papierów, ja natomiast wyszedłem z domu. Poczułem uderzające ciepło. Może jednak powinienem wymyślić lżejszą alternatywę mojego stroju? Z drugiej strony na razie nie ma sensu - jest koniec sierpnia.
Na zewnątrz czekał na mnie Szczerbatek. Wyglądał na zakłopotanego.
- Nic złego nie zrobiłeś – pogłaskałem go – Ona cię bardzo lubi, wiesz?
Szczerbek przewrócił oczami.
- Ej, mówię serio! – szturchnąłem go – Kto wie, może ma ,,te dni” ? To już chyba ten wiek? Pewnie niepotrzebnie się martwimy. Na pewno wszystko nam wyjaśni. Co ty na to?
Nie wyglądał na przekonanego, ale chyba nie miał siły ze mną dyskutować.
Ja chciałem w to wierzyć. Że wytłumaczy mi wszystko. Powie mi, że się wygłupiała, że nic się nie stało.
Poradziłem mu żeby trzymał się trochę dalej, na wszelki wypadek.
Zobaczyłem ją dopiero w połowie drogi. Szła w kapturze.
- Aldis ! – zawołałem ją. Odwróciła się, a jej twarz oblał rumieniec. Jednak nie uciekła.
- Szybko biegasz – powiedziałem gdy ją dogoniłem. Uśmiechnęła się do mnie z wdzięcznością. Najwyraźniej obawiała się, że będę pytał o to co się stało w domu. Nie miałem zamiaru, zapytam ją jak trochę się uspokoi.
- Wiesz, gdybym wiedział że aż tak lubisz moje zajęcia, zaczynałyby się z samego rana.
- Nie zaczynałyby się – prychnęła – Nie wstałbyś tak wcześnie.
- Hej, to był mój pierwszy raz – nie oceniaj.
- Dobrze dobrze panie psorze – zasalutowała.
- Czy ty właśn-
- Czkawka ! – zawołał ktoś.
Odwróciłem się. To była Astrid. Podbiegła do mnie i skoczyła mi w ramiona. Zaśmiałem się. Ona też sporo się zmieniła przez te kilka lat. Na lepsze, oczywiście. Nie to, żeby kiedykolwiek źle wyglądała, chciałem powiedzieć...Porównując ją sprzed lat, cieszę się, jak teraz wygląda. To znaczy...ugh. Nie o to mi chodziło. Może po prostu ją opiszę, dobrze?
Wygląda o wiele dojrzalej. Co się dziwić? Każdy wyglądałby dojrzalej kończąc 20 lat. Nabrała kształtów, nie jest już tak strasznie chuda jak kiedyś. Ma widoczne kości policzkowe, pełne usta, ogólnie jej twarz jest pełniejsza. Włosy długie, zaplecione w dość skomplikowany warkocz. Kiedyś próbowała mi go wytłumaczyć - zaplotła mały warkocz w jeden większy? Nie wiem, nie wypytywałem ją o to kiedy zaproponowała mi uczesanie podobnego. Nie tylko ja zmieniłem swój styl ubierania. Astrid nosi czerwoną bluzkę, futrzaną, brązową spódniczkę, oraz futrzane karwasze na przedramionach i kaptur. Chodzi w ciemnoniebieskich legginsach wyposażonych w brązowe nakolanniki. Buty jasnobrązowe, wysokie, sięgające jej niemal do kolan.
- Co tam, piękna - zapytałem jak tylko wypuściłem ją z mojego objęcia.
Nagle poczułem uderzenie w prawym ramieniu.
Na moje nieszczęście - zrobiła się też silniejsza.
- Myślałam że umarłeś !
- Hej, nie mogę pospać w wakacje ? Chyba dałaś sobie radę beze mnie cały ranek ?
Astrid prychnęła.
- Oczywiście że tak. Myślisz że aż tak cię potrzebuję ?
- Ale potrzebujesz - uśmiechnąłem się i znów przyciągnąłem do siebie dziewczynę.
Jednak na dźwięk czyjegoś chrząknięcia wypuściłem ją. Zapomniałem że Aldis jest z nami.
- Och, cześć...? - Astrid odezwała się do niej.
- Aldis - sprecyzowała piętnastolatka - Mam na imię Aldis.
- No tak... - odparła niezdarnie blondynka.
Zapadła niezręczna cisza.
Wyjaśnijmy sobie coś - Astrid nie lubi Aldis. Z wzajemnością. 
Tak wiem, to dosyć zaskakujące, że moja dziewczyna, tak dobrze znana z uprzejmości i gościnności nie zgadzała się z przyjęciem do wioski nieznajomej dziewczyny. Ale co ja na to mogłem poradzić? Pierwsze miesiące po uratowaniu Aldis spędziłem na łagodzeniu kłótni pomiędzy dziewczynami. Astrid uważała ją za szpiega, możliwe że do dziś tak uważa. Piętnastolatka z kolei, przez niechęć blondynki, uznała ją za agresywną i nieprzyjazną.
- To może ja już pójdę...- niepewnie odezwała się brunetka. - Widzimy się na arenie.
- Nie, poczekaj, pójdę z tobą - odparłem szybko. Już miałem ruszyć z Aldis w stronę areny, kiedy Astrid złapała mnie za ramię.
- Czkawka, musimy porozmawiać - powiedziała poważnym tonem, co zbiło mnie z tropu. Ponieważ nie odzywałem się, mówiła dalej :
- To naprawdę ważne. Rozmawiałam z twoim tatą i...
-Astrid nie teraz - przerwałem jej. Wiedziałem, że chce ze mną porozmawiać o ogłoszeniu mnie wodzem. Cała wioska od kilku dni tym żyje, mam tego dosyć. Ciekawie jakby zareagowali gdyby dowiedzieli się, że nigdy nie wejdę na miejsce ojca.
- Wiesz - odezwała się cicho Aldis - możemy odpuścić sobie zajęcia, i tak jest dosyć późno.
- Nie. Jestem ci winny za moje spóźnienie, a z Astrid spotkam się po lekcji - spojrzałem na moją dziewczynę porozumiewawczo po czym pocałowałem ją w czoło. Ona jedynie przytaknęła i poszła w stronę mojego domu.
Spojrzałem smutno na Aldis. Gdyby to nie była Astrid, już wymyślałbym plan jak uniknąć spotkania. Ale jej odmówić nie mogłem.
Poczułem czyjąś dłoń na moim ramieniu.
- Wszystko będzie dobrze - uśmiechnęła się brunetka. Skinąłem głową odwzajemniając uśmiech.
- To co? Idziemy? - spytała, a ja przytaknąłem.
Obydwoje ruszyliśmy ku Smoczej Arenie.
                            * * *
- Spróbuj jeszcze raz, tym razem spokojniej.
- Wątpię żeby miało się coś zmienić - odmówiła brunetka.
Zastanowiłem się.
- Chyba wiem gdzie leży problem - powiedziałem, po czym podszedłem do niej.
- Oświeć mnie - wymamrotała zrezygnowana.
- Rękawiczki.
- Słucham?
- Dobrze mnie słyszałaś - odpowiedziałem - powinnaś je zdjąć. Wzbudzasz podejrzenia wśród smoków - pośpiesznie wytłumaczyłem.
- Nie powinnam - zaprzeczyła dziewczyna. Posłałem jej karcące spojrzenie.
- To nie moja wina ! - uniosła ręce w obronnym geście - To znaczy...po części - tłumaczyła dalej - dotknęłam jakiegoś zielska, mam straszną wysypkę, wiesz-reakcja alergiczna, te sprawy. Nie chciałbyś na to patrzeć, uwierz mi.
- Może chcesz żeby Pyskacz ci to obejrz-
- Nie! - zaprzeczyła zbyt gorliwie - nie trzeba, naprawdę. Często mi się to zdarza, schodzi po kilku dniach - wytłumaczyła już spokojniej.
Ona kłamie, zdejmij jej rękawiczki. Nie ma prawa cię zwodzić, kim ona myśli że jest? Zwykły gówniarz, ot co.
Nie wiem czy to była moja decyzja, czy po prostu chciałem zrobić wbrew irytującym myślom, tak bardzo niepodobnych do mych własnych, ale zaufałem jej.
- Dobrze więc, spróbujmy jeszcze raz.
Byliśmy na arenie już od dwóch godzin. Aldis wykonywała tą samą czynność co wczoraj. I przedwczoraj. I dzień przed przedwczoraj. I dzień prze - dobra, jest na tym samym etapie co trzy miesiące temu.
- Czkawka - odezwała się do mnie dziewczyna, tuż przed tym jak miałem podać jej Straszliwca Straszliwego.
- Tak? - cofnąłem ręce w których trzymałem smoczątko.
- Może zrobimy sobie przerwę? - spytała błagalnym tonem.
- Dobrze - uśmiechnąłem się z ulgą i położyłem małego smoka na kolanach, by ten mógł wygodnie się ułożyć. Aldis położyła się na plecach i wgapiała się w niebo, które po części zasłaniała siatka służąca za dach areny. Nagle jej głos przerwał ciszę między nami :
- Przypomnij mi zasady szkolenia.
- Słucham ? - zdziwiłem się. Nie jej prośba mnie zdziwiła, ale ton w jakim o nią poprosiła. Wypowiedziała ją z obojętnością patrząc dalej w przestworza, jakby nie mówiła do mnie, a do kogoś kto mieszka w chmurach.
- Chciałabym, żebyś powiedział mi na czym polega szkolenie - podniosła się do pozycji siedzącej tym razem patrząc na mnie.
- Po co? - westchnąłem. Często mnie o to prosiła, mimo że kodeks Smoczej Areny powtarzam na początku każdych zajęć. - I nie wmawiaj mi że go nie pamiętasz, bo nie uwierzę  - prychnąłem.
- Potrafię go wyrecytować w dwóch językach - machnęła ręką.
- Cieszę się że z twoją pamięcią wszystko w porządku - odparłem kładąc się na plecach - Więc o co chodzi? Czyżby moja psychofanka lubiła dźwięk mego głosu?  - dodałem sugestywnym tonem, pozbywając się poważnej atmosfery, która niewiadomo skąd pojawiła się między nami.
- A co w nim jest do lubienia ? - zaśmiała się Aldis.
- Może to, jak czarująco i profesjonalnie brzmi podczas wygłaszania zasad?
- Ha! Jeszcze czego - dziewczyna posłała mi rozbawione spojrzenie.
- Pomyśl o tym - wiele dziewczyn dałoby się pociąć za takiego nauczyciela - kontynuowałem zakładając ręce za głowę - Poza tym, nie zaprzeczyłaś że jesteś moją psychofanką.
Dziewczyna zrobiła się czerwona na twarzy, pewnie ze złości że dała się tak łatwo przyłapać, ale nie zamierzała się poddać.
- Och tak, masz rację, o wielki Halibucie Straszliwy Czkawko III. Jaką to ja muszę być szczęściarą, mając wodza wioski za nauczyciela. Ciekawe czy ten jakże odważny wódz da radę w starciu z Astrid dzisiaj wieczorem ? Pamiętać należy, że to ona ma prawdziwe szczęście, będąc PARTNERKĄ wodza.
Pokręciłem głową.
- Gdybym cię nie znał pomyślałbym, że masz bardzo ubogie słownictwo.
- Wybacz - powiedziała całkiem poważnie kładąc się obok mnie. - Próbuję się do tego przyzwyczaić.
Zmarszczyłem brwi.
- Przyzwyczaić? To ja mam być wodzem, nie ty.
- Wiem.
- Wiesz też, że nie mam zamiaru nim być.
Dziewczyna przytaknęła.
- Jednak gdyby - zaczęła, a ja posłałem jej ostrzegawcze spojrzenie - Nie patrz tak na mnie, mówię czysto hipotetycznie. Otóż gdyby jakimś niefortunnym trafem, broń Odynie coś by się stało Stoikowi - byłbyś zmuszony zostać wodzem, prawda?
Skinąłem głową.
- Mam nadzieję że do tego nie dojdzie. Nie przed znalezieniem mojego zamiennika.
- Naprawdę masz zamiar znaleźć jakieś zastępstwo ?
Przytaknąłem.
- To dobrze - Aldis uśmiechnęła się.
Spojrzałem na nią zadając jej nieme pytanie.
- Nie zrozum mnie źle, byłbyś dobrym wodzem - podniosła się do siadu. - Może nawet jednym z lepszych, ale powiedz mi, co by się stało gdybyś nim został?
Zastanowiłem się chwilę.
- Musiałbym ograniczyć latanie ze Szczerbatkiem - odparłem - w każdym razie nie mógłbym latać tak daleko jak dotąd.
- Koniec zabawy w Jasia Wędrowniczka, hmm? - uśmiechnęła się słabo - A oprócz tego?
- Jako wódz miałbym pełne ręce roboty - zacząłem - to znaczy koniec naszych całodziennych lekcji - powoli dokończyłem.
Aldis przytaknęła.
- Tego się obawiam - wymamrotała.
- Hej, nie martw się, to się nie zdarzy - pocieszałem ją - a nawet jeśli coś takiego miałoby miejsce, znajdę dla ciebie czas. Zawsze.
Nie wyglądała na przekonaną.
- Nie znajdziesz. Oczywiście, będziesz się starał, ale jako wódz nie wyrobisz. Nie będziesz w stanie połączyć latania, dowodzenia i lekcji ze mną - odparła smutno - pamiętaj też o Astrid. Co by ona powiedziała, gdyby dowiedziała się, że te ostatki wolnego czasu poświęcasz mnie? - Nie odpowiedziałem - Z czegoś będziesz musiał zrezygnować - dokończyła.
- Nie mów tak - odparłem - powtarzam, nie dojdzie do takiej sytuacji. Nie martw się na zapas.
Tym razem wstała.
- Nie martw się na zapas - powtórzyła żałośnie i zaczęła chodzić w kółko. Usiadłem obserwując ją. Nagle stanęła tuż przede mną i już głośniej przemówiła.
- Nie rozumiesz - spojrzała na mnie z wyrzutem - Nie rozumiesz co by to znaczyło dla MNIE. Nie będziemy ze sobą rozmawiać, nawet widywać się. Zostanę sama - załkała, a widząc że chcę coś powiedzieć podniosła porozumiewawczo dłoń - Nie oszukujmy się Czkawka, nikt oprócz ciebie nie darzy mnie sympatią. Astrid nienawidzi mnie, nawet Stoik uważa że brak mi piątej klepki. Jeśli tak dalej pójdzie, jeśli zostaniesz wodzem, wszystkie moje obawy spełnią się. Na początku będę próbowała to zaakceptować, ale w pewnej chwili pęknę. Pewnego dnia nie znajdziesz mnie w domu ani na arenie. Nawet nie będziesz miał czasu szukać - zaśmiała się gorzko. - Ale nie martw się, myślę że w takiej sytuacji nikt by mnie nie znalazł. Wypłynę łódką, a moim miejscem pochówku staną się nieskończone wody oceanu. Już próbowałam, nikt się jakoś specjalnie nie przejął.
Zaskoczony wpatrywałem się w Aldis, która próbowała złapać oddech po swoim monologu. Ona również musiała być zaskoczona, bo trzymała dłoń na ustach. Najwyraźniej nie miała w planach zdradzania tylu informacji.
Hah, no nieźle. Młoda ma tupet. Mówiła, że nic nie pamięta, a tu proszę! Patrz kogo trzymasz pod swoim dachem - kłamliwą niewdzięcznicę. Powinieneś ją wyrzucić z domu. Przyklej jej różową kokardkę i odeślij ją do jej PRAWDZIWEGO domu.
- Przepraszam, to zabrzmiało jak groźba - złapała się za skroń.
Pfft, no raczej. Przynajmniej zdaje sobie sprawę ze swojego błędu. Dajmy jej złotą gwiazdkę, tak na zachętę.
Ponownie zagłuszyłem dziwne myśli. Nigdy nie jestem pewien skąd się biorą. Na pewno nie są moje.
Wariujesz, Czkawka. Taki młody, a już postradał zmysły. To smutne.
- Zamknij się - wymamrotałem.
O dziwo głos posłuchał się mnie.
- Słucham? - z wewnętrznej walki wyrwał mnie głos Aldis.
- To ja słucham - warknąłem, dalej czując tępy ból w głowie. Teraz musiał odezwać się ten irytujący głos? Potrafił nie dawać znaku życia przez kilka miesięcy i pojawiać się w najgorszych momentach, nawiedzając moją głowę.
Aldis spojrzała na mnie lekko wystraszona. Zabrzmiałem ostrzej niż zamierzałem.
- Wybacz - odrzekłem - nie chciałem tak wybuchnąć. Proszę, wytłumacz mi to.
Poklepałem miejsce obok siebie, zapraszając ją. Dalej lekko zdezorientowana, przysiadła się obok mnie. Westchnęła ciężko.
- Nie chcę żebyś pomyślał, że okłamywałam cię przez ten cały czas, bo to nie tak - spojrzała na mnie niepewnie - Nie pamiętam nic z poprzedniego życia. Jedyne co jestem w stanie sobie przypomnieć, to podróż do Berk. Chociaż wcale nie miałam zamiaru tu płynąć, uwierz mi.
- Co masz na myśli? - spytałem lekko zdezorientowany - jeśli nie tu, to gdzie chciałaś dopłynąć?
Zaśmiała się smutno.
- Jak to gdzie? Na samo dno - powiedziała gestykulując. Próbowała odrobinę rozluźnić atmosferę, ale bez skutku. Nic w tej chwili nie byłoby w stanie tego zrobić.
Jedynie na nią patrzyłem. Po chwili opuściła ręce zrezygnowana.
- Tak, pamiętam że moim celem była śmierć - spojrzała na mnie - miałam umrzeć. Pamiętam to uczucie obojętności, które mną kierowało. Pamiętam też to ,że nie umiałam pływać. Miało mi się to przydać. Ale nawet tego nie udało mi się spełnić. Wyobrażałbyś sobie? Aldis - niedoszła samobójczyni - uśmiechnęła się nieszczerze - Kiedy znalazłam sie na wyspie, nie mogłam sobie wybaczyć mojej porażki. Wiesz, że na początku cię nienawidziłam? Za to że mnie uratowałeś, przygarnąłeś pod swoje skrzydła i byłeś taki miły, aż mnie mdliło.
- Dziękuję? - zaśmiałem się.
- Daj mi dokończyć. Tak, nienawidziłam cię. Do czasu. Kiedy zrozumiałam, że nie dane mi umrzeć, to miejsce stało się moim domem, a ty - moim bratem. Nie patrz tak na mnie - zaśmiała się - uważam cię za mojego brata, przeszkadza ci to ?
Pokiwałem przecząco głową.
- Poczułam się kochana. Jakbym mieszkała tu od zawsze - uśmiechnęła się bezwiednie. Po chwili jednak uśmiech znikł, a ona kontynuowała - kiedy tylko pomyślę, że to wszystko może w każdej chwili się zmienić...w takich chwilach zastanawiam się co by było gdybym jednak utonęła - zamyśliła się, po czym zaśmiała się żałośnie - wiem, straszna ze mnie egoistka. Cała wioska cię potrzebuje, a ja myślę tylko o sobie.
Zapadła między nami cisza. Nie krępująca, czy grobowa cisza, tylko taka, w której każde z nas czuło się bezpiecznie i mogło w spokoju poukładać wszystko w głowach. Przerwałem milczenie, mówiąc :
- Nie jesteś egoistką.
- Och, rozumiem że znasz jakieś ładniejsze wyrażenie? - prychnęła.
- Można tak powiedzieć - uśmiechnąłem się widząc jak Aldis zareagowała.
- Oświecisz mnie? Czy będziesz się tak głupio szczerzył? Dalej, powiedz kim jestem, dzisiaj już nic mnie zaskoczy - spojrzała na mnie wyzywająco.
Uśmiechnąłem się.
- Moją siostrą.
To chyba ją zaskoczyło. Wyglądała na zbitą z tropu, pewnie i taka była. Kiedy zrozumiała znaczenie moich słów jej oczy zaszkliły się. Następnie na jej ustach pojawił się uśmiech, a ona sama się zaśmiała i rzuciła na mnie. Objąłem ją i przez chwilę tak trzymałem, słysząc jej śmiech. W tej chwili zdałem sobie sprawę, że kiedy chciała umrzeć miała 12 lat. Na samą myśl ścisnąłem ją mocniej. Usłyszałem zduszony jęk. Zaśmiałem się i wypuściłem ją.
- Chciałeś mnie udusić czy jak?! - krzyknęła oskarżycielskim tonem.
Roześmiałem się, a ona wraz ze mną. Leżała teraz na mojej klatce piersiowej, wybuchając śmiechem. Czułem, jak z nas obydwu uchodzi całe to napięcie.
- Hej - odezwała się Aldis kiedy obydwoje uspokoiliśmy się.
-  Co tam siostrzyczko ? - mruknąłem.
Dziewczyna uśmiechnęła się słysząc swój nowy pseudonim.
- Co z tym kodeksem? Powiesz mi go czy nie?
Nie pytałem już, czemu tak bardzo chce go usłyszeć. Podniosłem się do siadu, zmuszając ją do tego samego.
- Do szkolenia przystąpić może każdy kto ukończył 15 lat - zacząłem - chociaż czasem, w drodze wyjątku, można pozwolić na odstępstwo od tej zasady. Niezależnie od płci, miejsca urodzenia, rasy czy religii, wszyscy są przyjmowani. Szkolenie dzielimy na trzy etapy. Pierwszy, najtrudniejszy, polega na zdobyciu zaufania smoka. Tego chyba nie trzeba tłumaczyć. Zanim przejdę do jakichkolwiek lekcji latania, muszę nauczyć cię jak się z nimi obchodzić. Kiedy nauka ta zostanie przyswojona, wyjdę z tobą poza arenę w poszukiwaniu twojego dożywotniego towarzysza. Wtedy należy pamiętać o jednej, ważnej rzeczy : To nie ty wybierasz smoka, tylko on ciebie. Poszukiwania takie czasem trwają dzień, czasem nawet cały miesiąc.
Drugim etapem jest nauka o sprawowaniu opieki nad przydzielonym smokiem.
Każdy smok jest inny. Posługując się moim doświadczeniem uczę, jak i czym należy karmić smoka, dbać o jego łuski i oczywiście - tresować go, by ten nie nabył niepożądanych zwyczajów, oraz kilku sztuczek przydatnych w kryzysowych sytuacjach.
Trzecim, oraz ostatnim etapem jest nauka latania. Uważam go za najprzyjemniejszą część szkolenia. W odróżnieniu od etapu drugiego, składa się z nauki praktycznej. Ty oraz twój smok zostaniecie poddani siłom natury, co również zaciśnie więzy między wami. Będziecie latać w różnych krajobrazach -  w lesie, wiosce, górach oraz nad oceanem. Szkolenie kończy się ostatecznym egzaminem, który sprawdzi waszą wiedzę z każdego etapu - zakończyłem mój wywód.
Aldis siedziała w siadzie skrzyżnym, najwyraźniej zadowolona. Jednak było widać, że coś jej zaprząta głowę.
- Czyżbym coś pomylił? - spytałem.
- Nie, wszystko było w porządku. Tak myślę - wzruszyła ramionami - Przestałam słuchać przy drugim etapie - odparła szczerze.
- Co cię tak męczy Aldis­? - zapytałem zachęcająco.
- Powiedziałbyś, gdybyś zmienił zdanie, prawda? - spojrzała na mnie niepewnie.
Minęła chwila zanim zrozumiałem o czym mówiła. Dalej się zadręczała wcześniejszą rozmową.
- Pierwsza byś się dowiedziała - uśmiechnąłem się - Rodzina mówi sobie wszystko.
Myślałem że to ją pocieszy. Ona jedynie pokiwała głową zamyślona.
- Tak uważasz? - spytała bardziej siebie niż mnie. Wstała i ponownie zaczęła chodzić w kółko. To oznaczało, że bardzo głęboko się nad czymś zastanawiała. Nagle stanęła, jakby podjęła bardzo ważną decyzję i znów siedziała przede mną, wpatrując się we mnie w głębokim skupieniu.
- Mam coś na twarzy? - spytałem zakłopotany, gdy studiowała tak moją twarz od dobrych kilku minut.
- Nie - odpowiedziała, dalej zamyślona. Po chwili westchnęła.
- Nie boję się smoków - zaczęła powoli, jednak widząc moje powątpiewające spojrzenie, dodała - a przynajmniej nie bałam się ich.
- Co się zmieniło?
Wahała się z odpowiedzią. Rozejrzała się na obie strony, jakby ktoś miał nas podsłuchiwać, po czym ponownie wgapiała się we mnie. Tym razem jednak nie minęła nawet minuta, kiedy powiedziała :
- Mogę ci zaufać ?
Prychnąłem i spojrzałem na nią nie dowierzając. Czyżby cała ta rozmowa o rodzinie i jej próbie samobójczej nie była wystarczającym dowodem? 
- Mówię poważnie. - Zadrżał jej głos
- Oczywiście - odpowiedziałem jej stanowczo. 
Dziewczyna wzięła głęboki wdech i wyciągnęła rękę przed siebie, bym mógł ja złapać. Gdy to uczyniłem, pomogła mi wstać, po czym nie puszczając mojej ręki, zaczęła iść w stronę wyjścia areny.
- Muszę ci coś pokazać.

                                                                    * * *

Patrzcie, jest i rozdział. Szczerze mówiąc, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Ten rozdział był katorgą, na początku miał wyglądać całkowicie inaczej, jednak z czasem skreślałam niektóre pomysły, poprawiałam te co zostały i wymyślałam nowe. Nie mam zamiaru opuszczać tego bloga, co to to nie. Kolejny rozdział zacznę pisać jak najszybciej.
Przepraszam również fanów Astrid - w dalszej części będzie pojawiać się częściej.
Dziękuję za wytrwałość, do zobaczenia ;)










29.10.2014

Bazgrołki ;D


Hahaha pewien anonim złapał mnie za słówko i tak TO powstało.
Co TO ?
Moje bazgroły z ostatnich kilku dni (wszystko rysowałam na szybko, nie mam ostatnio czasu na coś dłuższego :/)
Co do mojej blokady to jeszcze nie ustała.
No cóż.
 Szczerze mówiąc ciągle szukam własnego stylu.
Zdjęcia może nie najlepszej jakości (wybaczcie), ale coś jest.



 






 NIE ZNOSZĘ rysować ciał. Dla mnie postacie mogą mieć tylko głowy. Byłoby najprościej.

No tak to mniej-więcej wygląda ;p

Teraz co do innych spraw :
Pokażę wam kilka video, które ostatnio oglądałam *-*

1. Oczywiście, że o Jaridzie ;)




2. O dwóch różnych stronach Meridy (przedstawione jako siostry) UWIELBIAM !




3. Musical ,,Wicked" by Merida i Roszpunka :D




4. I coś z Frozen :3

(część pierwsza)


(część druga)



Mam jeszcze mnóstwo innych video, ale na razie tyle wystarczy. 
Jak zawsze czekam na komentarze i opinie ( a szczególnie dzisiaj ) ;P
A rozdział postaram się napisać najszybciej jak się da, obiecuję :')

06.10.2014

I'm alive !

Chciałam coś napisać, żeby dać znak, że jestem, żyję, a rozdział się jakoś pisze.
I....szczerze - nie wiem co dalej napisać XD
Może statystyki ? To się chyba nada :D

No a więc :

Przez około rok bloga wyświetlono 11 432 razy ( za co dziękuję baaaardzoo)
Najpopularniejszy post to Rozdział 2 - ,,Mamusiu, opowiedz mi bajeczkę "- 357 razy
Najpopularniejsza strona to ,,Rozdziały" - 41 razy (no i prawidłowo ;) )
Odbiorcy :
Polska 369
USA 5
Komentarze : 72
Posty opublikowane : 19
Obserwatorzy : 11
Szczerze mówiąc komentarzy nie chce mi się liczyć xd
Jednak z miejsca chciałabym podziękować kilku osobom :
Olci , która jako pierwsza skomentowała bloga, oraz dała bardzo konstruktywną krytykę na mój pierwszy post, dzięki czemu prolog stał się o wiele lepszy :) Z chęcią czekam na twoje kolejne opinie. Dzięki !
Juli Zachwatowicz, która również była pierwszym z obserwatorów.
Paulinie Ławniczek, która mimo nie bycia od początku, dodawała mi otuchy i mam nadzieję, że potrwa to do dnia dzisiejszego :D
Patrycji Jagiełło, (może raczej Papaja) z którą zawsze z chęcią porozmawiam, oraz która nie bała się do mnie napisać ( ej serio, ja nie gryzę xd ).
Oraz dziękuję wszystkim moim komentatorom, tym anonimowym jak i nie. Oficjalnie :
                                                       DZIĘKUJĘ !!!

A co do jeszcze spraw rozdziałowych - mam blokadę weny. Całkowitą. Szczęście, że jeszcze mam pomysły na Jaridę, ale tu się zablokowałam :/ Moje miejsce przy laptopie wygląda tak : coś poczytam, coś se porysuję, dodam kilka linijek do Nieidealnych i na tym się kończy. Przeklinam cię blokado !

Dlatego napiszcie, co mogłabym dodać w następnym poście. Serio, cokolwiek. Co byście chcieli, żeby się pojawiło ? Wena się ode mnie wyprowadziła na jakiś czas, a coś na blogu powinno być. A ja nawet nie mam pomysłu co (jezzu aż tak jest źle ?)








27.07.2014

Rozdział 4 - ,,Czerwona Śmierć nadchodzi "

- Astrid, na Wielkiego Thora, gdzie ty jesteś ?! - krzyczał wódz waląc w drzwi domu wspomnianej dziewczyny, zdziwiony, że  jeszcze się nie wyłamały. Po pewnej chwili, blondwłosa otworzyła. Na widok Stoika jej twarz spochmurniała. Przemówiła obojętnym tonem :
- W czym mogę pomóc, Stoiku Ważko ?
- Musisz nas zaprowadzić na Smoczą Wyspę.
- A kto powiedział, że wiem, gdzie to jest ? - jej głos zrobił się ostrzejszy.
- No....ostatnio często  przebywałaś z Czkawką, więc myślałem.....
- Przykro mi, ale nie mam zielonego pojęcia, o czym pan mówi. Powtarzam : nie wiem, gdzie jest Smocza Wyspa. Do widzenia. - przerwała w połowie wypowiedzi Stoika i zamknęła mu drzwi przed nosem.
Gdy była już we wnętrzu domu, usiadła przy drzwiach.  Położyła głowę na kolanach, głucha na dalsze pukania do drzwi.
Pamiętała słowa Czkawki, zaraz po odkryciu Smoczej Wyspy :
,, Nikomu o tym nie mów, a szczególnie Stoikowi " Przypomina sobie też, że ona się sprzeciwiała.
,,Widziałaś to. Jeśli mu powiemy, pozabija wszystkie smoki. One przecież chciały tylko przeżyć " - po tym argumencie ona się zgodziła. Było w tym trochę racji. Wódz nie przekonałby się do gadów ot tak. Przez tyle wieków je zabijali i teraz co? Mają się z nimi przyjaźnić ? Niedorzeczność. Wzdrygnęła się na myśl, że kiedyś też taka była. Pełna nienawiści do smoków. ,,Ale one są niewinne, to coś innego" - pomyślała.
Jej myślom przeszkodził głos, a raczej szept zza drzwi :
- Astrid, on tam poleciał. Sam.
To do niej dotarło.Sam ? Na Smoczą Wyspę ? To samobójstwo ! Czy on postradał zmysły ?!
Odwróciła się i zaczęła gapić się na drewniane drzwi, jakby chciała wyobrazić sobie Stoika. Klęczał, inaczej by go nie usłyszała. Może to tylko podstęp ? Mówił raczej szczerze....... a więc to prawda.
Pospiesznie wstała i otworzyła drzwi. Już pewniejszym głosem powiedziała :
- Pomożemy wam
- ,,My" ?
- Tak, my.

                                     * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * 

Gdy tylko zobaczyłem pierwsze szczyty wzgórz na Smoczej Wyspie, zrozumiałem swoją sytuację. Nie to, żebym wcześniej jej nie znał. Kiedy jednak cała adrenalina opadła, spojrzałem na to wszystko trzeźwo.  Byłem sam ze Szczerbatkiem. Miałem zmierzyć się z armią smoków, w tym z Czerwoną Śmiercią, dla której moglibyśmy być co najwyżej przekąską. Tak, nazwałem tą bestię ,, Czerwoną Śmiercią ", bo według mnie ta nazwa pasowała. ,,Czerwona", przez kolor kolców, na jego wielkim ciele. ,,Śmierć" zaś, jak sama nazwa wskazuje, dzięki jego ,,uwielbieniu" do jedzenia innych.
Westchnąłem. Z jednej strony dobrze, że Stoik ze mną nie przybył. Jeśli miałoby nam się nie powieść, umrze tylko jakiś niemrawy chłopiec i jeden smok, a nie cała wioska.
O czym ja myślę ? Powinienem opracowywać strategię. Miałem wylecieć dopiero jutro, ale przez to co się zdarzyło, stało się to trochę.... szybciej. 
Nagle poczułem, że nasz lot się obniża. Lądujemy. Stanęliśmy z drugiej strony wyspy. 
Zeskoczyłem ze Szczerbatka. Spojrzałem na niego badawczo. Wyglądał na trochę zmęczonego. Co prawda, nie lecieliśmy tu na urwanie głowy, ale on nie miał ostatnio czasu na sen. Szepnąłem do niego :
- Nie jest tu zbyt bezpiecznie. Odpocznij chwilę, ja spróbuję pomyśleć nad planem.
Smok posłusznie wykonał rozkaz, a ja opierając się o niego, zacząłem kombinować nad taktyką. Moglibyśmy odwrócić uwagę reszty smoków i wtedy.....
- AAAAAAAARRRRRRGGGGG !!!! - usłyszałem czyjś okrzyk. Znałem ten głos. To niemożliwe....
Wybiegłem z ukrycia. Szczerbatek pobiegł za mną. Wyjrzeliśmy. Mój ojciec. Przed jaskinią. Za nim cała wioska. A na niebie smoki. Mnóstwo smoków. Uciekały, jakby były wystraszone. Czy to Stoika się tak bały ? Nie byłem tego pewien. Nagle zauważyłem Astrid. Wziąłem kamyk i rzuciłem w nią, mając nadzieję na zwrócenie jej uwagi.. Trafiłem. Odwróciła się do mnie. Miała zaczerwienione i opuchnięte oczy. Czy ona... płakała ?
Powoli podeszła do mnie, upewniając się, że nikt jej nie widzi. Nachyliła się do mojej kryjówki, składającej się z krzewów i zaczęła :
- Czkawka ! Jak się cieszę, że nic ci nie jest !
Ja jednak się nie cieszyłem.
- Jak mogłaś ? Obiecałaś, że nic im nie powiesz - syknąłem.
- Jak mogłam ?! To ty, idioto poleciałeś na Smoczą Wyspę ! - powiedziała lekko urażona.
- To nie był powód, żeby mnie wsypać.
- Ja tylko nie chciałam, żebyś zginął....To źle ? Martwiłam się o ciebie.... 
W innej sytuacji ucieszyłby mnie fakt, że się o mnie zamartwiała, ale nie tym razem. Złamała obietnicę.
- Gratulacje. Dzięki temu będziesz oglądać w pierwszym rzędzie wybijanie smoków.
- Ale.....- jej oczy zaszkliły się.- Stoik obiecał, że nic im nie zrobi ! Obiecał !
- Widać nie tylko ty nie dotrzymujesz obietnic....- mruknąłem.
- Tak cię przepraszam ! - rozpłakała się na dobre. Czy ona dobrze się czuje ? To do niej niepodobne...
- Przeprosiny nic nie dadzą, musimy.....- nie dokończyłem, bo z jaskini wydobył się niepokojący ryk.
Astrid na chwilę zamilkła. Mieszkańcy, którzy jeszcze przed chwilą świętowali ,,wygraną", również ucichli.
Spojrzenia wszystkich przeniosły się na grotę. Ziemia zadrżała. ,,Coś", a raczej ,,ktoś" chciał wyjść. Zrozumiałem.
Nie Stoika bały się smoki, tylko.... 
Czerwonej Śmierci
Miałem rację. Po chwili jaskinia rozpadła się, a z niej wylazła kilkudziesięciometrowa bestia o szarawej, gadziej skórze.Usłyszałem Stoika :
- Katapulty !
Był to rozkaz, by wystrzelić, co też uczynili. Czerwona Śmierć nic z tego sobie nie robiła. Jej skóra była najwyraźniej tak gruba, że nie otrzymywała żadnych obrażeń. Zamiast tego, smok zaryczał ponownie i swoim ogonem do złudzenia przypominającym maczugę, zniszczył katapulty. Potem zionął ogniem, przez co statki stanęły w ogniu. Kiwnąłem do Szczerbatka na znak, że to nasza kolej. Kiedy miałem już odlecieć, Astrid złapała mnie za rękę :
- Poczekaj, możemy ci pomóc 
- My ? - zdziwiłem się. Jacy ,,my" ? I jak ona miałaby mi zamiar pomóc ?
- Chyba nie myślałeś, że przyszłam tu sama, co ? - uśmiechnęła się. Teraz bardziej przypominała mi Astrid, którą znam.- No, wychodźcie - odwróciła głowę w lewo. Zza jednej pozostałości po jaskini, wyszła reszta grupy. Co dziwniejsze, Sączysmark, Śledzik, Szpadka i Mieczyk, siedzieli na smokach. No tak, jakoś musieli tu dotrzeć. Ostatnia wyszła smoczyca Śmiertnika Zębacza. Smok o jasnym brzuchu, niebieskich łuskach i dość długim ogonie pokrytym kolcami przymilał się do blondwłosej. Reszta smoków zachowywała się podobnie do innych.
Nie mogłem w to uwierzyć.
- Wy...wytresowaliście je ?
- Wolę mówić, że się zaprzyjaźniliśmy i...tak, chociaż trochę nam to zajęło - odpowiedziała Astrid - To jak? Mów, co mamy robić - dodała po chwili.
- Jasne - przytaknąłem, dalej oszołomiony. Teraz jednak trzeba się skupić. Próbowałem sobie przypomnieć, czego nas nauczyli w Smoczej Akademii. Po chwili powiedziałem :
- Smark, Śledź, znajdźcie jego martwą strefę. Pohałasujcie trochę - oni przytaknęli głowami i odlecieli. Teraz zwróciłem się do bliźniaków, którzy prowadzili Zębirogiem Zamkogłowym - smokiem o dwóch głowach i zielonym ubarwieniu :
- Mieczyk, Szpadka, sprawdźcie jaki ma zasięg plucia. Wkurzcie go.
- To moja specjalność - uśmiechnęła się Szpadka 
- Od kiedy ? - powiedział Mieczyk - Ja jestem bardziej wkurzający. O ! Elelelelele ! - mówił to odwracając się do góry nogami.
- Zajmijcie go czymś - szybko odrzekłem. Nie ma czasu na sprzeczki. Po chwili odlecieli.
- A ja co mam robić ? - zapytała po chwili lekko zawiedziona Astrid.
- Ty będziesz pomagać cywilom. Zadbaj, by nikomu nie stała się krzywda.
- A co z tobą ?
- Dam sobie radę - uśmiechnąłem się. Obecność moich przyjaciół, tylko dodawała mi otuchy. Naprawdę wierzyłem, że nam się uda. Astrid przytaknęła i również odleciała.
Zanim dołączyłem do innych, zobaczyłem ojca i Pyskacza, jak próbują odwrócić uwagę Czerwonej Śmierci.
Co chwila któryś krzyczał ,,Zjedz mnie! ", ,,Nie, bo mnie ! ", ,,A właśnie, że mnie ! ".  Zrozumiałem, że chce mi pomóc. Wsiadłem na Szczerbatka. Gdy wzlatywałem w górę, oczy moje i taty spotkały się. Bezgłośnie powiedziałem ,,Dziękuję", na co on się tylko uśmiechnął.

- Dobra Mordko, teraz na dół - powiedziałem, gdy byliśmy wystarczająco wysoko. Zauważyłem, że Astrid kręciła się wokół Czerwonej Śmierci. Po chwili bestia jak odkurzacz, zaczęła wciągać dziewczynę razem ze smokiem. Podlecieliśmy jak najszybciej, a Szczerbatek wysłał płomień w paszczę gadziny. Oczywiście, nie obyło się bez krzyków przerażenia ze strony wikingów. Od razu schowali się za tarczami. Dalej się mnie bali. Obiecałem sobie, że jeśli wyjdę z tego cało, postaram się ich przekonać do siebie.
Szczerbatek złapał Astrid w locie i odłożyliśmy ją w bardziej bezpieczne miejsce. 
Teraz pora zająć się naszym głównym celem.
Ponownie wzlecieliśmy do góry, a ja zauważyłem coś bardzo ważnego - skrzydła. Czerwona Śmierć miała skrzydła.
- Ten olbrzym ma skrzydła - zacząłem - Dobra, zobaczymy, czy umie ich używać ! 
Z zawrotną prędkością podlecieliśmy  i gdy byliśmy już blisko smoka, strzeliliśmy go w głowę. Wiedziałem, że ma za grube łuski, żebyśmy mu cokolwiek zrobili, ale ja miałem nadzieję go rozdrażnić i zmusić do latania.
- Myślisz, że umie latać ? - obejrzałem się.
Nie pomyliłem się. Czerwona Śmierć miała piękne, rozłożyste skrzydła. Połknęła haczyk i wzleciała do góry, za nami.
-Czyli lata - zwróciłem się do Szczerbatka.
Teraz nurkowaliśmy między skalnymi blokami wyłaniającymi się z wody. Mieściliśmy się między nimi, ale tego samego nie można było powiedzieć o gadzie, który nas gonił. Czułem na sobie kilkadziesiąt par oczu. Smok obił każdy kamień, ale specjalnie nie został zraniony, co najwyżej - ogłuszony. Zdałem sobie sprawę, że tak go nie pokonamy. Naprawdę chciał nas dopaść. Modliłem się w duchu, żeby tak się nie stało. Mając taką nadzieję wzbiłem się w powietrze, w burzowe chmury. Oczywiście, poleciał za nami. Zmieniłem ustawienie ogona, dzięki czemu wznosiliśmy się coraz szybciej i głębiej w szarawe obłoki. Ponieważ Czerwona Śmierć kierowała się słuchem i węchem, postawiłem na ataki z zaskoczenia. Działaliśmy dosyć szybko. Każdemu pociskowi towarzyszył głośny huk. Płomienie trafiały  głównie skrzydła, iż miałem nadzieję, że w pewnym momencie nie wytrzymają,  a gad wpadnie w głębiny oceanu. Tak się jednak nie stało. Czerwona Śmierć rozwścieczona do koloru jej przydomku, postanowiła zmienić taktykę. Zionęła ogniem dookoła siebie, gdzie popadnie, próbując nas trafić. Długo utrzymywaliśmy się w powietrzu, ale po jakimś czasie, nie udało nam się uniknąć ognia. Podpalił ogon.
- Dobra, koniec zabawy. Lecimy na niego - zdecydowałem i tak zrobiliśmy. Bardzo szybko obniżaliśmy lot. Ponownie próbowałem go rozdrażnić i sprawić, że będzie leciał za mną w dół.
- Co jest ? Tylko na tyle cię stać ?! - zawołałem prowokująco. Kolejny raz bestia chwyciła przynętę. Bez większej zachęty, próbowała nas chwycić swoją wielką paszczą, - bez powodzenia. Teraz oboje lecieliśmy tak w dół, coraz bardziej zbliżając się ku wodzie. Wyczuwałem zdenerwowanie w Szczerbatku i muszę przyznać,że też byłem zdenerwowany.
- Jeszcze tylko trochę.....Wytrzymaj.....- zapewniałem. Czekałem na odpowiednią okazję. Śmierć była tuż za nami. Nagle z jej paszczy usłyszałem gardłowy bulgot i poczułem siarkę. Jest moja okazja. Krzyknąłem :
-Teraz ! 
Nocna Furia odwróciła się i wysłała płomień w zielone kłęby gazu, zbierające się w paszczy naszego wroga.
Zaczął palić się od środka. Jego skrzydła zamieniły się w popiół, z resztą jak cała reszta jego ciała.  Runął na ziemię, powodując wybuch. Próbowaliśmy uciec od ognia, ale z zepsutym ogonem to graniczyło z cudem. Jednak dawaliśmy radę. Dosyć zgrabnie omijaliśmy kolce Czerwonej Śmierci.
Nagle na drodze stanął nam wielki ogon już nieżywego smoka. Uderzyliśmy o niego.Wypadłem z siodła. 

Poczułem straszliwy ból...praktycznie wszędzie. Nie mogłem otworzyć oczu. Moje powieki były jak z ołowiu. Słyszałem Szczerbatka, ale niezbyt wyraźnie. Najostrzej czułem straszliwe ciepło na mojej skórze, które raz po raz podnosiło swoją temperaturę. Chciałem krzyczeć, ale nie mogłem otworzyć ust. Bałem się, że zaraz skończę jak wróg którego pokonaliśmy, że zostanę spalony żywcem. Już byłem na to przygotowany. Zaraz się zacznie. 
Czekałem kilka sekund, ale nie czułem spalonej skóry, zdałem sobie też sprawę, iż już nie jest mi tak gorąco, a co najwyżej - duszno. Za to poczułem, jak ktoś mnie czymś opatula. Jakbym był schowany w kocyku. Wspomnienia z przed chwili wydawały mi się takie zamazane, takie....nierealne. Coś mnie kusiło, żeby zasnąć w tym kokonie, ale rozsądek mówił, że jeśli zasnę, mogę się już nie obudzić. Posłuchałem rozsądku.
Następne, co poczułem, to twarde lądowanie. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z bólu w lewej nodze. Ignorując to, usłyszałem czyjeś głosy. Ktoś mnie wołał :
- Czkawka ! Czkawka !  - był to gruby głos. Skądś go kojarzę, ale w mojej głowie tak szumiało, że nie mogłem zebrać myśli. Po minucie znów nawoływał :
- Synu ! - ,,synu" ? Nagle otrzeźwiałem. To mój ojciec. Uśmiechnąłem się w duchu. Chciałem krzyknąć ,,Jestem tutaj ! ", mimo, że nie wiedziałem, gdzie jest to ,,tutaj".
Następnie  biegł, po chwili ciężko opadł na kolana. Słyszałem szept tej osoby :
- Och synu......-  przerwał, jakby był zamyślony. Jakby, nie wiedział co mówić dalej. - Nawet go nie przeprosiłem - zrozumiałem czemu przerwał. Płakał. - Straciłem go. Tak jak Valkę - przez łkanie mówił coraz niewyraźniej.
,,Nie umarłem ! Tato ! Wybaczam ci ! Proszę, tylko mnie stąd wyciągnij ! " - krzyczałem w myślach. Nie miałem żadnej kontroli nad moimi ustami. Nie mogłem nic wymówić.
Nagle poczułem zimno. Ktoś mnie odkrył z tego kocyka. Potem poczułem jak ktoś mnie podnosi. Domyśliłem się, że to mój ojciec. Czułem, jak przeczesuje moje włosy. Następnie usłyszałem brzdęk czegoś metalowego. Przykłada mi głowę do serca. Gdy ją odsunął, moja klatka piersiowa była mokra od jego łez. Po chwili krzyknął :
-On żyje !!!
Słyszałem wiwaty mieszkańców.Później Stoik zwrócił się chyba do Szczerbatka :
- Dziękuję, ocaliłeś mojego syna 
Potem, usłyszałem tylko czyjś bełkot. Nic z niego nie zrozumiałem
Tak bardzo chciałem przytulić mojego ojca. Chciałem tego jak nigdy wcześniej. Jednak moje ciało zawiodło. Nie oparło się pokusie snu. 


                                    * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * 

Powoli otworzyłem oczy. Wspaniale mieć znów nad nimi kontrolę. Pierwszą osobą, jaką zobaczyłem, był Szczerbatek,a rzeczą jaką poczułem - jego język na mojej twarzy.
- Tak Mordko, ja też cię kocham - wymamrotałem, próbując unikać kolejnych czułości. W pewnej chwili położył łapę na moim brzuchu, przez co zgiąłem się z bólu.
Rozejrzałem się.
- Em....jestem w domu ? - spytałem sam siebie, ciągle trzymając się za brzuch.
- I...ty tu jesteś -  ponownie spojrzałem na Szczerbatka. Wspomnienia wróciły, co wywołało u mnie kolejne zawroty głowy. Czerwona Śmierć, ogień i....mój ojciec.
- Mój tata wie,że tu jesteś ? - zamiast odpowiedzi, uzyskałem widok Szczerbatka wskakującego na belkę i robiącego bałagan wokół.
- Szczerbatek no, zejdź z....- chciałem wstać i własnoręcznie go stamtąd ściągnąć, ale doznałem coś dziwnego. Czegoś, brakowało. Po chwili zdałem sobie sprawę czego. Mojej lewej nogi. Spojrzałem na nią. Nie było jej. Na miejsce mojej lewej kostki wstąpiła proteza, podobna do protezy Pyskacza. To nie było przyjemne uczucie. Wziąłem kilka głębokich wdechów i przy pomocy Szczerbatka, wstałem. Tym samym sposobem doszedłem do drzwi.
Powoli je otworzyłem. Pierwsze co zobaczyłem, to Koszmara Ponocnika. Spanikowałem. Zatrzasnąłem od razu drzwi, oddychając jeszcze ciężej niż podczas drogi z łóżka tutaj.
-Szczerbatek, zaczekaj tu - zwróciłem się do niego. Ponownie uchyliłem wrota i zobaczyłem Sączysmarka na Koszmarze Ponocniku. Potem całą resztę brygady - również na swoich podopiecznych. 
W wiosce roiło się od nich. Nie uwierzyłem, że to Berk.
- No wiedziałem. Umarłem - powiedziałem zrezygnowany.
- Nie, choć bardzo się starałeś - przy moim boku pojawił się tata. Mocno go przytuliłem. To był mój odruch. Wcześniej, będąc na wpół przytomnym, nie mogłem tego zrobić, chociaż tak bardzo chciałem.
- Skąd u ciebie nagle tyle czułości ? - zaśmiał się ojciec.
Ignorując jego odpowiedź, wyszeptałem :
-Kocham cię, tato
- Ja ciebie też, synu 
Zaraz potem powitał mnie tłum ludzi. Wszyscy pytali się jak moje samopoczucie i choć to było przytłaczające, cieszyłem się. Czułem się tak dobrze. Wreszcie poczułem się jak jeden z nich, chociaż, nie zmieniłem się w barbarzyńcę zabijającego smoki. Ja je wolałem tresować. Pomyślałem, czy moja matka to widzi. Mam nadzieję, że jest ze mnie dumna. Posłuchałem jej rady, a ona zadziała.
Byłem sobą. I za to mnie kochali.


                                      * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * 

                                                                Dam, Dam, Dam ! 
Witajcie ! Wiecie, co dzisiaj za dzień ? Tak, wiem, że niedziela. Chodzi mi o datę. Dobrze, dzisiaj jest dwudziesty siódmy lipca, a jeśli przeczytałeś rubryczkę po prawej ,,Ty Moja Szczerbata Mordko ! ", to wiesz, że dzisiaj......świętujemy rocznicę ! 
Otóż, pierwszy polski blog o W4 kończy roczek !
Jestem szczęśliwa, bo mój pierwszy blog, a tak długo przetrwał ! Zwykle coś zaczynam i nie kończę, ale z tym....było inaczej. Muszę przyznać, że to również WASZA zasługa. Swoimi komentarzami nakręcacie mnie do działania, za to chcę wam serdecznie podziękować ! 
Specjalnie, żeby zdążyć na urodzinki, zarwałam dzisiejszą noc, ale myślę, że było warto !





A teraz odnośnie posta. W opisach akcji jestem zielona i  wybaczcie mi za moje braki ;)
Ponieważ ,,ktoś" mnie poprosił, żebym walkę z Czerwoną Śmiercią opisała z perspektywy Czkawki, to pomyślałam, że już wszystko tak napiszę. Takim sposobem wpadłam na to, że podczas upadku, brunet będzie jedynie słyszał i czuł to, co się wokół niego dzieje. Mam nadzieję, że rozdział się spodobał. I byłabym wdzięczna gdybyście ocenili szczególnie opis walki :3 
Dobra wiadomość ! Został tylko jeden rozdział wizji Czkawki ( nie bójcie się, wizje reszty będą krótsze, bo u Czkawki musiałam uwzględnić wszystko. Jednym słowem - całe jego życie przerobiłam) !
Potem całkowicie skupimy się na Wielkiej Czwórce ;)
A tak przy okazji.... blog ma już ponad 7 tys. wyświetleń ! Należą wam się podziękowania ! 
Dziękuję wam więc po stokroć i mam nadzieję, że razem ze mną przeżyjecie kolejny rok opowiadania :3
                                                                  Jak zawsze.....czekam na komki ;*

Obserwatorzy